Dawno, dawno temu… W zasadzie tak dawno, że przyznawać się, że się o tym pamięta, to zwyczajnie wstyd, albo jak to się teraz mówi:                      

Nawet nie wiem, czy tak się jeszcze mówi.

 

 Ale jednak tak było. Nawet najstarsze pradziki jeszcze tu nie przybiegały, bo ludzi było mało, a przecież każdy rozumny dzik wie, że dopiero jak są ludzie, to i śniadanie pod balkonem  można znaleźć. W końcu jednak na sympatycznych pagórkach zwanych Morenowymi Wzgórzami kilka bloków dumnie w niebo wystrzeliło i przejęci lokatorzy popędzili do swych wymarzonych nowych mieszkań.  Morena budziła się do życia. Do końca  wieku pozostało  jeszcze ponad 25 lat.

 

 

 Nasi rodzice, z oczywistych powodów, bardziej interesowali się tym, czy w  gniazdkach nowych mieszkań rzeczywiście płynie prąd (co w tamtych czasach wcale nie było takie oczywiste), jak w wykrzywione futryny wstawić drzwi, albo czy podejrzane pęknięcia na balkonie pozwalają na bezpieczne korzystanie z tego swoistego tarasu widokowego i podziwianie wyjątkowo uroczych krajobrazów powstającego osiedla mieszkaniowego.  Dzieciaki, jak to z dzieciakami zwykle bywa, zainteresowane były swoimi sprawami. Większość, tak, jak ja, poszukiwała odpowiedniego miejsca do tego, aby z nabożną uciechą kopać piłkę.  Bo ludzie, wiadoma sprawa, od wieków dzielą się na różne sposoby: wysocy i niscy, grubi i chudzi, mądrzy i… no wiecie, mniej mądrzy, ale najważniejszy podział, to ten na tych, co piłkę kopią i tych, którzy z zupełnie niezrozumiałych powodów piłki nie lubią albo kopać nie potrafią.  Zapraszam do kilku chwil wspomnień dla tych, co piłkę kopać lubili. 

 

 

 



 

 

 

 

 

          Pod koniec lat 80.  Polska była dziwnym krajem, piłkarzy mieliśmy całkiem niezłych, ale boisk do grania niemal wcale. Teraz jest chyba zupełnie odwrotnie. Może w to nie uwierzycie, ale na kolejne Mundiale jeździliśmy jako faworyci do zdobycia tytułu Mistrza Świata  i pewnie również w to nie uwierzycie,  kilka razy byliśmy tego naprawdę bliscy. 

 

   Na Morenie stało już kilka bloków, mieszkała już spora rzesza ludzi, ale rzecz jasna nikt nie pomyślał o placach do grania w piłkę. Przy ulicy Zabłockiego i Wileńskiej (czyli tam, gdzie nasze osiedle ma swoje prapoczątki) zamiast obecnego, betonowego boiska, gdzie już niebawem swoje piłkarskie talenty zaczęło szlifować wiele pokoleń morenowych,  lokalnych piłkarzy -  funkcjonowało ogromne… jezioro. Właściwie bajoro. Pamiątka po budowie i po ulewnych deszczach. W piłkę grać się za bardzo nie dało – chyba że w wodną – więc tymczasowo miłość do futbolu musieliśmy zastąpić miłością do odkrywania nowych lądów. Ze starych desek pozostałych po budowie skonstruowaliśmy wielką tratwę, która potem chybocząc się po morzach i oceanach, co raz wyrzucając  za burtę licznych śmiałków,  dryfowała ku nieznanym lądom, po naszym jeziorku. Czasem dobijała  do sąsiedniej Krainy Betonowych Kręgów (kolejna,  jakże dla nas radosna,  pozostałość po budowie -  kilkanaście - dwadzieścia, betonowych elementów, bezładnie porozrzucanych pod blokiem. 

 

 

 

Te betonowe rury były większe od nas (większość rzeczy była wtedy większa od nas)  i cholernie niebezpieczne, kiedy się z nich spadało.  Zabawa trwała w najlepsze. Nikt nam nie przeszkadzał, w końcu to my odkrywaliśmy te nieznane lądy. Na szczęście w tamtych realiach naszego  dziwnego kraju żaden sanepid, czy inna inspekcja, czuwająca nad bezpieczeństwem i poprawnością,  nie interesowała się zbytnio  losem „morenowych kręgów”.  Zupełnie nie przeszkadzało nam to, że co chwilę ktoś spadał w kamienne otchłanie boleśnie tłukąc się, albo rozbijając głowę. Krew lała się obficie, ale nikt przecież nie mówił, że będzie łatwo.

 

 

 

     Ale ponieważ miało być o piłce nożnej, to zaczęliśmy szukać dogodnych miejsc do kopania piłki. Łatwo nie było, bo wszędzie wokół pełno było śmieci, desek, betonowych odpadów. Nawet kawałka trawnika w tamtych czasach trudno było  uświadczyć. Razem z mieszkającymi w sąsiednim bloku Andrzejem i Mirkiem Borkowskimi, jak pionierzy na każdym nowym skrawku ubitej ziemi, pozbawionej wody, uganialiśmy się za piłką. Bramki oczywiście nie było, ale od czego wyobraźnia i od czego betonowe elementy z budowy? Początki zostały uczynione.

 

 

  W końcu Lokatorsko Własnościowa  Spółdzielnia Mieszkaniowa  MORENA ulitowała się  nad nami i między blokami powstało nowe cud – boisko

 

Najpierw było zwykłe, piaszczyste, ale chwilę potem było już prawdziwe, nowoczesne...

 

W tamtych czasach boisk ze sztuczną nawierzchnią, Juniorów i innych Orlików nikt z nas nawet nie potrafiłby sobie wyobrazić, więc cieszyliśmy się tym boiskiem niesamowicie. Drewniane bramki z zawieszonymi  nad nimi tablicami do koszykówki (ich żywot nie był, niestety,  zbyt długi), niski płot okalający naszą arenę, (płot zbyt niski, jak na nasze umiejętności piłkarskie i możliwości, stąd szybko powstały w nim odpowiednie dziury dla skrócenia sobie drogi po piłkę) i nade wszystko BETON.

 

 

 

 

Okropny, podły, najgorszej jakości, chropowaty beton, na którym już wkrótce mieliśmy sprawiedliwie (każdy po kolei) rozbijać swoje i innych kolana oraz wylewać jeszcze więcej krwi, niż na kamiennych kręgach, zamienianych właśnie przez spółdzielnie w indiańską, drewnianą osadę. Że niby tam nie można było spaść w otchłań, albo rozbić sobie głowy. Oczywiście, że można. Szybko  zaczęliśmy tę tezę udowadniać. Ale piłka nożna królowała. Polscy piłkarze, choć dziś brzmi to pewnie dla Was, jak fragment powieści science – fiction, walczyli  z Włochami w półfinale  Mistrzostw Świata, a my rozgrywaliśmy swoje niezapomniane mecze. Nic nie było w stanie nam w tym przeszkodzić. Ani deszcz, ani śnieg, ani rodzice wołający bezskutecznie na obiad, ani.. noc.

 

Kiedy były wakacje, kiedy nie trzeba było tracić czasu na chodzenie do szkoły, to graliśmy niemal całodobowo. Z krótką przerwą na obiad i równie krótką na sen. Ponieważ nasze boisko doczekało się prawdziwie europejskich standardów w postaci kilku lamp  oświetlenia, nawet zmrok nie stanowił już dla nas przeszkody. Kopaliśmy piłkę do północy, ku rozpaczy mieszkańców wszystkich okolicznych bloków, którym nasze zmagania, nasze okrzyki, radości po strzelonych golach, nie pozwalały na sen. W końcu ktoś już dłużej tego nie wytrzymał i  skutecznym kopniakiem dostał się do rozdzielnika prądu w pobliżu boiska i wykręcając bezpieczniki pozbawił nas widoczności, a przy okazji całą okolicę oświetlenia. Tak, czy inaczej, zmuszeni byliśmy zakończyć swoją zabawę, a przecież dopiero co wybiła północ!

 

Czasem przeszkadzał nam w graniu deszcz. Właściwie oberwanie chmury, bo mniejsze opady z zasady ignorowaliśmy.  Boisko było tak zbudowane, że pełno było na nim nierówności, które po każdym deszczu zamieniały się w wypełnione wodą baseny. Z czasem nauczyliśmy się  tak grać, aby przeprowadzając skuteczny atak na bramkę przeciwnika, omijać nie tylko obrońców i bramkarza rywali, ale także, a może przede wszystkim,  wielką kałużę, która niemal zawsze tkwiła w prawym rogu naszego boiska, niemal jak jego stały element wyposażenia. Pamiętam dokładnie jedno takie popołudnie, gdy doświadczaliśmy akurat jakiejś wyjątkowo długiej pory deszczowej, uniemożliwiającej nam od kilku dni ganianie za piłką. W końcu trafił się jeden, wyjątkowy dzień, kiedy od rana właściwie nie padał deszcz. No, może trochę. Spragnieni futbolu, sporą grupką zapaleńców, zebraliśmy się wokół boiska pełnego kałuż. Potrzeba grania w piłkę, głód futbolu był tak wielki, że wszyscy przy pomocy gałęzi, liści i innych dostępnych sprzętów osuszaliśmy plac, aby stał się zdatny do gry. Po godzinie ciężkiej i wytrwałej pracy  betonowe boisko  było względnie  suche – nie licząc oczywiście wielkiej kałuży po prawej stronie boiska  - jako tako nadawało się do zagrania kolejnego wielkiego meczu. Wybraliśmy składy. Nie wiem jak to się obecnie odbywa i czy w  ogóle się odbywa, ale wtedy robiliśmy to metodą na tip-topki. Wybierało się dwóch kandydatów, którzy stawali naprzeciwko siebie, w odległości kilku metrów i na zmianę stawiając stopę za stopą (tip – top, tip – top), dochodzili do siebie. Kto wreszcie nastąpił na stopę konkurenta, ten wygrywał i otrzymywał prawo wyboru  pierwszego zawodnika do swojej drużyny. Wybraliśmy więc składy, ustawiliśmy piłkę na środku boiska, mniej więcej, bo przecież żadnych linii tam nie było, tylko beton i wtedy... spadły  pierwsze krople deszczu. Mecz się zaczął, bo szybko stwierdziliśmy, że to na pewno tylko chwilowe, przelotne opady. Graliśmy dalej, nawet wtedy, kiedy deszcz padał już bardzo solidnie, bo w końcu nie po to tyle sił i czasu włożyliśmy w przygotowanie placu, żeby teraz tak szybko dezerterować.  Graliśmy więc, a ulewa szybko przemieniła się w największe, jakie znaliśmy w swoim, dość jeszcze krótkim życiu,  oberwanie chmury. W kilka minut wszystko wokół zamieniło się w jedno wielkie i głębokie  jezioro. W tym momencie było nam już wszystko jedno. Przemoczeni do ostatniej nitki, brodzący w wodzie po kostki, co rusz wywracający się w wodne otchłanie, graliśmy niewzruszeni dalej.  Na szczęście było to lato, upały, wodna kąpiel nie mogła nam w żaden sposób zaszkodzić. To była najbardziej radosna piłka jaką znaliśmy. Bardziej piłka wodna, niż nożna, ale cóż z tego, zabawa się liczy, prawda?

 

 

 

 

 

 

 

Kiedy nie graliśmy w piłkę, co zdarzało się niezwykle rzadko, to graliśmy np.  w "żydka".  Wiem, niefortunna nazwa i dziś zupełnie niepoprawna politycznie, ale zabawa była przednia.  Piłeczką do tenisa, albo gumową do palanta (to taka spolszczona wersja baseballu) rzucało się w ścianę bloku przy ulicy Wileńskiej 57, jak najwyżej, a reszta uciekała we wszystkie strony świata aż do momentu złapania piłki przez tego  wcześniej wybranego.  Potem trzeba było trafić piłeczką w poszczególnych graczy.  Super zabawa, no, może nie dla mieszkańców wspomnianego bloku, których niemiłosiernie irytowała  co rusz odbijająca się  od ściany ich pokoju rzucana przez nas piłka. 

 

Była tez wersja dla młodszych z patykami, chyba nazywała się grą w "wojnę".  Rysowało się  na piasku wielki okrągłe terytorium i rzucało patyk  jak najdalej,  wywołując nazwę państwa kolegi.  Ten, szybko biegł po patyk.  Kiedy złapał,  już nie pamiętam jak, ale określał jakoś   odległość od delikwenta (np. w tip-topkach (tip - top, tip - top). Jak dobrze trafił, to  stojąc na swoim terenie wyrysowanego na piasku okręgu (czyli na swoim państwie), odrysowywał, nie mogąc przekroczyć granic jak największą połać terenu pokonanego sąsiada i w ten sposób powiększał  terytorium swojego państwa.  

 

Była oczywiście gra w kapsle, czyli imitacja wyścigów kolarskich na wyrysowanych  butem na pisku, albo kredą na asfalcie, krętych, długich tras za pomocą kapsli od piwa, albo oranżady. 

 

Potem już tylko wykorzystując zręczność swoich palców posuwało się kapsle do przodu przy pomocy "pstryknięć"  i "rowerków".   Czy teraz  istnieje w ogóle takie słowo, jak "pstryknąć"?  

 

 

 

 

 

Była też gra nożem.  Każdy wtedy miał swój nóż harcerski (finkę), albo  porządny scyzoryk. Fajna gra, ale nie jestem pewien, czy dziś rodzice pozwoliliby swoim dzieciom na takie akcje.  Rzucało się nożem  z wysokości poszczególnych części ciała  - wierzchu dłoni, spodu dłoni, nadgarstka, łokcia, ramienia, nosa, głowy  -  nadając rzutowi odpowiedniej rotacje, a wszystko po to, aby skutecznie wbił się ostrzem w ziemię.  Każdy element miał swoją nazwę i nie były to nazwy banalne:  buła, widełki, zegarek, babka, dziadek, szmergiel. Cała gra nazywała się grą "w pikuty".   Chciałbym poznać tego gościa, co gdzieś na naszej planecie wymyślał te wszystkie nazwy dziecięcych zabaw, które potem był tak popularne w całej Polsce, jak była długa i szeroka. 

 

 

Moją ulubioną grą na Morenie (oprócz kopania piłki) było rzucanie monetami do maleńkiego  dołka wydłubanego w piaskownicy, na ubitym piasku, z odległości kilku metrów.  Monetę wprowadzało się palcami w ruch obrotowy (tak, kłania się balistyka) i próbowało precyzyjnie skierować do dołka. Każdy miał swoja monetę.   Kogo moneta była najbliższej dołka, ten "pstrykał" po kolei każdą do środka, a jeśli tego dokonał,  zgarniał wszystkie do kieszeni. Pamiętam, że byłem w tym dobry, a trafianie bezpośrednio do dołka było moim popisowym numerem.  Nic dziwnego, w domu miałem młodszą siostrę i wiaderek  oraz foremek do piasku, które świetnie nadawały się do trenowania rzutów monetą, po prostu nie brakowało. Pamiętam Wiesia, zwanego "Barankiem" z powodu swojej czupryny, z którym często rywalizowałem.  On był trochę starszy, chyba miał już 16. lat, a to oznaczało, że podlegał jakimś tam innym przepisom prawnym i zawsze strasznie panikował, kiedy podczas "grania na pieniądze"  na horyzoncie pojawiał się patrol ówczesnej milicji. 

 

 

 

Ale to wszystko, to były tylko krótkie przerywniki od piłki nożnej.  

 

 

Zima również nie była dla nas przeszkodą w naszej miłości do futbolu. Owszem, próbowaliśmy swoich sił w hokeju na lodzie.  Nasze boisko  zawsze wieczorem było polewane wodą przez pracowników spółdzielni mieszkaniowej Morena i rano było gotowe lodowisko dla dzieciaków.  Mróz zimą był zawsze, nie tak jak teraz. Próbowaliśmy więc tego hokeja, ale problem z tą dyscypliną sportu był  taki, że mało osób miało łyżwy, jeszcze mniej posiadało prawdziwe łyżwy hokejowe -  paradowanie w  białych, damskich łyżwach, było po prostu obciachem i nikt z nas nie dawał się namówić -  a jeszcze mniej porządnie umiało na nich jeździć.  Przyjmowaliśmy więc zasadę grania w hokeja na butach, ale to nie było aż takie ekscytujące.  Wtedy, zimą, zawsze padał śnieg, czasami aż za dużo, więc  nasze boisko – lodowisko szybko pokrywała gruba warstwa śniegu. Wtedy amatorzy łyżew próbowali odśnieżać plac, ale my, wręcz przeciwnie, na takim śnieżnym podłożu odkrywaliśmy, a jakże,  uroki zimowej wersji futbolu, ze wszystkimi jego atrakcjami w rodzaju  niezliczonych poślizgów, wywrotek w puszysty śnieg, czy parad bramkarskich w śnieżne zaspy. Było to niemal równie ekscytujące, jak prawdziwa wersja futbolu. Graliśmy więc całą zimę, aż wreszcie pojawił się u nas jakiś dziennikarz chyba z Dziennika Bałtyckiego, zdaje się, narobił zdjęć, a kilka dni potem ukazał się wielki artykuł mniej więcej o tym, że spółdzielnia Morena zupełnie nie dba o potrzeby mieszkańców, nie potrafi nawet biednym dzieciom zorganizować porządnego lodowiska i te, zdesperowane, grają zimą w piłkę nożną.  Nikt nas nie zapytał, że to nie żadne zaniedbania ze strony spółdzielni, tylko nasza miłość do piłki nożnej wyganiała nas zimą na boisko.

Spółdzielnia, wbrew temu, co można sądzić o czasach komuny, dbała o nasze usportowienie.  Co rusz, czyli przy okazji każdego państwowego święta,  specjalni pracownicy spółdzielni przywozili na boisko wielki sprzęt nagłaśniający, kupę kolorowych baloników i zaczynała się dobra zabawa. Dzięki temu udało mi się w swojej sportowej karierze dopisać  do listy tytułów wygranie wyścigu kolarskiego -  spokojnie, miałem największy rower   -  oraz dwukrotnie turnieju tenisa ziemnego.   Turnieje piłkarskie były organizowane najczęściej.  Z okazji mistrzostw jakiś, albo innych turniejów, organizowaliśmy na szybko czterozespołowe drużyny, dostawaliśmy międzynarodową nazwę (pamiętam, że grałem w ekipie Holandii)  i zaczynał się prawdziwy mundial. 

 

Czasem, dla odmiany, szukaliśmy innego boiska. Udało nam się zorganizować na trawniku, przy ulicy Nałkowskiej, albo Zabłockiego, tam gdzie potem utworzono wybieg dla psów, miejsce do kopania piłki.

 

 

 

 

 

 Boisko nie było duże,  trawa nie była zbyt równa, nie było tam bramek, a w dodatku było bardzo pochyłe i piłka zawsze spadała w kierunku szkoły, którą w pobliżu za kilka lat zbudują. Niedogodności sporo, ale komu to przeszkadzało. Piłka była najważniejsza. Spotykaliśmy się więc tam coraz częściej, zwłaszcza, że jakimś cudem pojawiła się tam pewnego dnia bramka.  Jedna, bo jedna, amatorska, drewniana, ale była. 

 

 

 

Prawdziwe, albo niemal prawdziwe boisko, jakiego wcześniej na Morenie nie było, powstało w okolicy dzisiejszej ulicy Raciborskiego, za kortami, po drugiej stronie ulicy Wileńskiej.  To był już kawał dużego placu, częściowo z trawą, z dużymi bramkami, chyba pięciometrowymi, albo nawet pełnowymiarowymi, nie pamiętam. W tamtych czasach wszystko wydawało mi się duże. Na tym boisku, z uwagi na rozmiary w czterech - pięciu, nie dało się pograć, ale za to poważniejsze spotkania, szkoła na szkołę, albo osiedle na osiedle, już tak.  To były piękne czasy.  Mistrzem Polski były Szombierki Bytom, a u nas odbywały się takie imprezy, jak mistrzostwa Gdańska szkół podstawowych. Grałem w reprezentacji swojej szkoły, ale wtedy, na boisku przy ulicy Wileńskiej nie zagrałem. Pewnie dlatego nasi wygrali 7-0 .

 

Zagrałem za to w meczu reprezentacji swojej szkoły  w innym roku.  Mecz odbywał się we Wrzeszczu  koło PSB, czyli szkolnej Budowlanki.  Obecnie grają tam zdaje się rugbiści, a także piłkarki AP Lotos Gdańsk.  Mieliśmy świetną ekipę chłopaków, pełną gwiazd, indywidualności… kompletnie ze sobą nie zgranych.  Pamiętam taką akcję, jakby to było dziś. Dostałem piłkę na swojej połowie, pyk, minąłem jednego i drugiego rywala i świetnym prostopadłym, wręcz krzyżowym podaniem, wypuściłem do boju,  do sytuacji sam  na sam z bramkarzem  jednego ze swoich kolegów, to był Andrzej Borkowski.  Tylko, że on nie pobiegł.   Spojrzał tylko  na mnie zdziwionym wzrokiem pełnym pretensji.  Wszyscy byliśmy przecież gwiazdami małych boisk.  Nikt z nas nie biegał, myśmy tylko z piłką u nogi swoją porywającą techniką kiwali kolejnych rywali.  Przegraliśmy ten mecz, chyba 0-2.

 

Gwiazd piłki nożnej  na Morenie zawsze  było wiele.  Każde roczniki miały niezliczone ilości świetnych piłkarzy.  W moich pionierskich czasach, tylko w rodzinie Borkowskich, było ich czterech.  Jeden lepszy od drugiego. Mirek, Andrzej, Jacek i najmłodszy Zygmunt. Naprawdę potrafili grać w piłkę.   Mirek  był tak zaawansowany technicznie, że kiedy wychodził na boisku pokopać z nami piłkę, to wszyscy kręcili nosami, bo przy jego poziomie panowania nad piłką, nie dało się z nimi grać.  Był po prostu zbyt dobry.  I powiedzieć, że tego wszystkiego nauczył się na tych placach między blokami przy ulicy Zabłockiego i Wileńskiej.

 

W całej swej młodości spotkałem tylko jednego chłopaka, który grał w piłkę lepiej od niego.  Poznałem go w szkole średniej, w Budowlance. Chodził do równoległej klasy.  Mogłem z nim kopać piłkę w soboty, bo musicie wiedzieć, że w każdą sobotę szkoła była otwarta dla każdego i w dwóch halach sportowych (w dużej piłka nożna i koszykówka, w małej tenis stołowy) można było się wyszaleć do woli. Jako szesnastolatek był już w kadrze pierwszoligowej Lechii, a była to kadra z takimi tuzami, jak Dzidek Puszkarz, albo Janusz Kupcewicz. Był gwiazdą wszystkich roczników juniorskich reprezentacji Polski.  W końcu w wieku osiemnastu lat zagrał w Lechii.  Strzelił dwa gole, a kiedy Lechia spadła poziom niżej, też strzelał dla niej bramki.  Ale czasy były wtedy podłe i ciemne.  Chłopak wyjechał z rodzicami z Polski do Niemiec.  Przeniósł się.  Oczywiście nielegalnie, bo takie były czasy.  Wyjeżdżałeś (uciekałeś) bez nadziei, że kiedykolwiek będziesz mógł wrócić i spotkać się ze swoimi kumplami z dzieciństwa, znajomymi, czy rodziną.  Był na tyle dobry, że grał w Eintrachcie Brunszwik (wtedy Bundesliga), Wolfsburgu (gdzie strzelił 17 goli), Unionie Berlin i TeBe Berlin.  W sumie na niemieckich boiskach 50 razy pokonywał bramkarzy rywali.   Był po prostu genialnie technicznym  piłkarzem. Z taką swobodą operował futbolówką, kiwał, mijał kolejnych przeciwników, że wprost nie można było w to uwierzyć.  Ale ta historia nie ma chyba bajkowego zakończenia. Jacek Frąckiewicz -  bo o tym chłopaku była tu mowa, prawdopodobnie zakończył swoje życie tragicznie., tak przynajmniej słyszałem.    

 

 

 

Od czasu, do czasu zapuszczaliśmy się w dalsze otchłanie naszego,  błyskawicznie rozrastającego się,  osiedla,  na mecze międzyosiedlowe.  To już były wydarzenia, z gatunku, jakbyśmy to dziś powiedzieli, meczów podwyższonego ryzyka.  Nie ma co ukrywać, że między osiedlami – głównie sektorem A i sektorem B, bo innych, sorry  Rafał, Kamyk i inni koledzy,  jeszcze nie zbudowali -  był stan permanentnej wojny.  No -  praliśmy się po mordach nieustannie.  Naprawdę nie wiem skąd wzięła się ta wojna.  Ja miałem na tamtym drugim sektorze osiedla, wielu znajomych, z wieloma chodziłem do szkoły, w niektórych nawet podkochiwałem się, ale to nie zmieniało faktu, że na drugą stronę Jaśkowej Doliny samodzielnie nigdy nie przeprawiałem się.  Nie i już.  Tylko spróbujcie wytłumaczyć to mamie, która wysyła was pilnie po zakupy do sklepu po drugiej stronie osiedla,  bo w naszym supersamie czegoś zabrakło. Do „Biedronki”, która oczywiście nie była jeszcze „Biedronką”, tylko „Zatoką”, Społem, Rema1000, Tursped, Leader Price, czy innym Albertem.

 

 

 

 

 Nie było łatwo.  Jedynym sposobem, żeby bezpiecznie wybrać się na jednostkę „B” i w miarę bezpiecznie z niej wrócić,  był mecz piłkarski.  Organizowaliśmy czasami takie mecze:  Jednostka „A”, na jednostkę „B”.  Czasem graliśmy na Raciborskiego, której wtedy jeszcze nie było,  czasem na wyjeździe. Wtedy zbieraliśmy się na naszym betonowym boisku i całą gromadą maszerowaliśmy na teren wroga.  Zdarzało się grać na boisku, którego wtedy tak nie nazywaliśmy, które przecież nie było „nasze”, tylko rywali z jednostki „B” -  na dzisiejszej Las Arenie. Pamiętam, że graliśmy także na takim odległym boisku na wale, w miejscu gdzie obecnie przebiegają tory kolejki PKM.  Dziś wszystko jest tam zarośnięte, dżungla wchłonęła już wszystko, ale wtedy grało się tam całkiem znośnie. 

 

 

Pamiętam te mecze rozgrywane zawsze w nerwowej atmosferze, wiecie, takie derby Moreny.  Przez cały mecz iskrzyło między nami, w każdej chwili groziło wybuchem i grubą nawalanką, ale jednak sport i piłka nożna miały wtedy  swoje żelazne  zasady.  Wygrywaliśmy, przegrywaliśmy, ale zawsze w komplecie wracaliśmy z meczu. Czego o innych przypadkach już nie można było powiedzieć.

 

 

 

Szkoły podstawowej, ani żadnej innej na Morenie jeszcze nie wymyślili, a jak już wymyśli, to dla mojego rocznika nie starczyło już miejsca.

 

 

 

Dzieciaków na Morenie było wtedy tak wiele, choć przecież istniały tylko dwie pierwsze jednostki osiedla, że w Szkole Podstawowej  nr 1 były tylko trzy pierwsze klasy.  Ale za to ile ich było!  Drugich klas podobno było tyle, że ostatnia kończyła się na literkę S.  Dacie wiarę?  II”A”, II”B”, II”C”….  aż do II"S".   Już widzę te rozgrywki piłkarskie o mistrzostwo szkoły.  I”R”  kontra II”S”.  Tego sportu to za wiele być nie mogło, w szkole brakowało boiska,  a przede wszystkim   hali sportowej.  Tak,  basenu też nie było i nadal nie ma.    A jak w końcu halę zbudowali, to okazało się, że dzieci truły się  pyłami z podłogi.

 

 

 

Ciekawe, czy znalazł się  już winny? 

 

 

Kiedy wreszcie zbudowano obok szkoły także  halę sportową,  to wkrótce zawaliła się, na szczęście  w czasie, kiedy nikogo nie było w szkole.

 

 

 

 

Może to i lepiej, że nie mogłem do tej pechowej szkoły chodzić,  nawet mimo faktu, że Dyrektorem Szkoły była moja bliska ciocia, więc całe dzieciństwo upłynęło mi na dojeżdżaniu, albo dochodzeniu do szkoły we Wrzeszczu przy ul. Traugutta.  Szkoła nr 54.  Jedyna taka. Jeździło się autobusem szkolnym, takim jelczem ogórkiem z zaprzyjaźnionym kierowcą – Jasiem,  który pozwalał nam siadać na przednim siedzeniu, obok siebie.  Kto dostąpił takiego  zaszczytu, ten mógł cały dzień dumny po szkole chodzić.

 

 

 

 

Potem autobus  szkolny zlikwidowali, więc dojeżdżaliśmy linią 184, albo latem szliśmy pieszo przez las, koło radarów, całymi zgrajami.  Zimą fantastycznie zjeżdżało się tam na sankach, a jesienią szabrowało kalarepę.  Wiecie, co to kalarepa?  Może, ale na pewno nie wiecie, co to szabrowanie.

Do tej szkoły uczęszczała, albo raczej powinna uczęszczać, cała młodzież z ulicy Traugutta, a nie była to byle jaka młodzież.  W tygodniu milicja i pogotowie ratunkowe przyjeżdżały do szkoły kilka razy, a dzień bez bijatyki był dniem straconym. Krew lała się litrami, było wesoło.  Mieliśmy w swoich klasach kolegów dwa, albo trzy lata starszych, bo wtedy, jak ktoś nie chodził za często do szkoły, to promocji do następnej klasy nie otrzymywał. Pod koniec mojego uczęszczania do tej zacnej placówki dydaktycznej było już w miarę spokojnie, bo większość starszych kolegów i koleżanek osiągnęło już wiek pełnoletni i zamiast marnować czas w szkole,  poznawali już blaski i cienie ośrodków zamkniętych. Zimą naparzyliśmy się śnieżkami ze studentami z pobliskich akademików, albo w przerwach, kiedy nie nacieraliśmy śniegiem dziewczyn,  zjeżdżaliśmy z pobliskich górek po lodzie.  A było z czego zjeżdżać. Górki tam bardzo wysokie, topniejący śnieg tworzył na nich lodowe rynny i powstawały strome lodowe  tory do zjeżdżania. Cała zabawa polegała na pracy nóg. Kto miał silne nogi, ten zjeżdżał szaleńczo w dół ku przygodzie. Kto nie miał, a odważył się stanąć na szczycie „Piątki” – chyba tak nazywała się ta górka – ten ryzykował sporo.  Spróbowałem tylko raz, ale zaliczyłem glebę zaraz po starcie i dalszy zjazd chaotycznie obserwowałem już tylko z pozycji lodu. Nie było to bezpieczne, bo bezwładne spadanie w dół pośród potężnych drzew groziło kłopotami.  Jakimś cudem nie wyrżnąłem głową w to drzewo, a jedyny pozytyw jaki z tego wyciągnąłem, to fakt, że już nigdy więcej nie spróbowałem tego zjazdu.

 

 

 

 Przez większość roku graliśmy jednak w piłkę. 

Mieliśmy szczęście, że WF prowadziła u nas pani Hawryluk. Zawsze jej się chciało, żeby zorganizować nam jakieś granie w piłkę, albo jakieś mistrzostwa.   Szkoła wtedy żadnego własnego boiska, choćby najmniejszego, nie posiadała, więc na przerwach kopaliśmy piłkę na dziedzińcu szkoły, albo u góry, na piasku.  Efekt był zawsze ten sam:  piłka wpadała przez płot do ogródka posesji obok szkoły.  A tam mieszkała taka starsza pani, która za futbolem specjalnie nie przepadała, ale za to wkurzało ją, kiedy w poszukiwaniu piłki deptaliśmy jej kwiaty i warzywa.  Siedziała więc na przerwach w ogródku i jak tylko wpadła piłka, to ona ją łapała i wrzucała do garażu.  Co było robić?  W końcu, któregoś wieczora,  włamaliśmy się do tego garażu i odkryliśmy cały magazyn sprzętu sportowego. Ile tam było piłek?   Nie do policzenia.

 

Na mecze międzyklasowe chodziliśmy przez las na betonowe boisko przy akademikach. To tam wykuwały się nasze szkolne  talenty. Wtedy wydawało mi się takie duże, takie niezmierzone.

 

 

 

 

 

To były moje niezapomniane mecze międzyklasowe, z bliźniakami Piłasiewiczami, z Adamem Tyszką, co mieszkał na ulicy Sobieskiego, a na jego domu była tablica z nazwiskiem jego ojca, a potem tylko ślad po tej tablicy został.    I Jarkiem Gałką, co piłkarzem najlepszym nie był, ale ambitny był cholernie, jak potem, w życiu dorosłym, gdy walczył o te swoje puby i kluby.

Bo wiecie,  on głupio skończył, jeśli można skończenie życia nazwać głupotą? Ta petarda sylwestrowa wybuchła o kilka sekund za późno… A on koniecznie chciał zobaczyć, co się z nią dzieje.  I był jeszcze Bogdan Reinke, co wprawdzie nigdy efektownej  przewrotki w swoim życiu nawet nie spróbował, ale wysoki był, jak porządny stoper i bardzo nam pomagał. Pomagał razem z Fidlem i Robertem Sowińskim   w wygraniu mistrzostwa szkoły. W piątej klasie byliśmy za młodzi, potem w siódmej mieliśmy pecha, przegraliśmy znowu ze starszymi, ale wszystko ma swój czas i swoje miejsce. W ósmej, nie było już na nas mocnych…

Finałowy mecz graliśmy z VIII „D”.  Zagraliśmy na takim fajnym boisku przy ulicy Sobieskiego, obok Szubienicznej Góry. Piękna nazwa. Przez setki lat wieszano tam gdańskich złoczyńców, a my tam zostaliśmy Mistrzami Szkoły.

 

 

 

Marek Zienkiewicz, Tomek Reszel, Maciek Piątkiewicz -  tylu chłopców odeszło z naszego Pueblo.

 

Gdzie są chłopcy z tamtych lat?

 

 

 

 To zawsze jest smutne, kiedy znasz się z chłopakami od dziecka, kiedy spędziłeś z nimi tyle wspólnych chwil, a potem w młodym wielu odchodzą na zawsze.  Smutne i cholernie niesprawiedliwe. 

 

 

 

 Maciek mieszkał w moim bloku, parę pięter nade mną. Bardziej od piłki kochał tylko koszykówkę.  Grał w Wybrzeżu Gdańsk, wówczas w drugiej lidze, ale zachorował.  Nie pomogło leczenie w Niemczech Zachodnich, nic nie pomogło. 

 

Tomek był super poukładanym gościem. Graliśmy w piłkę – świetny był – ale także w tenisa. 

 

Tyle rzeczy wymyśliliśmy,  my ludzie, tyle skonstruowaliśmy, latamy na Księżyc, latamy na Marsa, a chłopaki musieli odejść, bo nie umiemy sobie poradzić z tą paskudną chorobą….

 

Marek -  tyle wspólnych meczów, tyle przygód, tyle wsparcia, kiedy obaj byliśmy w wojsku, tyle wypraw na Lechię, albo na szaber, na truskawki, na śliwki, na cokolwiek.  Jak uciekaliśmy w nocy, w ciemności przez działki, to wszystkim udało się przebiec, tylko Marek wpadał na wystający pręt i łamał nogę.  Największego pecha miał wtedy, kiedy wracał z Żukowa, z kolegą, po zakupie nowego samochodu.  Kolega zdążył schować się po wyprzedzaniu swoim samochodem na bezpiecznym pasie, ale Marek  już nie. 

Jego mama tak bardzo potem walczyła o godne miejsce dla niego na łostowickim cmentarzu. Nie chciała się zgodzić, żeby leżał pod płotem…

 

 

 

Czy dziś pamiętasz, przyjacielu, tamten czas,
tę ufną radość naszych dziewiętnastu lat?
Wróble nam jadły z dłoni,
we włosach wiatr szalony,
a życie proste i bez skaz.

Ciut zwariowany, ale piękny był nasz świat
Miał zapach fajek oraz ich upojny smak
I w kilku okamgnieniach
spełniały się życzenia,
nawet nie wiedzieć jak...

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram...
Sam, sam, sam - zostałem tu sam.

Czy dziś pamiętasz, przyjacielu, tamtą noc
Ich było pięciu, a tyś dał im nieźle w kość
Gdyby nie było ciebie
to z mych dwunastu żeber
zostałoby niewiele co

Dziś, gdybyś przybiegł, choć sam nie wiem - tyle lat -
miałbyś zapewne nieco wyższy ciepły alt
i krótsze, krótsze włosy,
a my jak dwa młokosy
no, sam już nie wiem - niech to czart!

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram...
Sam, sam, sam - dziś biję się sam.

Czy dziś pamiętasz przyjacielu tamte dni,
te długie pieśni przy gitarze aż po świt?
Jeden za drugim - murem,
zdolni przenosić góry,
Ze starej gwardii tylko my

Twój dziadek mawiał, że wypali się to w nas
Miał rację - szare dni zaćmiły dawny blask
A potem wielka woda
zabrała, co jej kto dał.
Ciebie uniosła aż do gwiazd...

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram...
Sam, sam, sam - śpiewam dziś sam.

Czy dziś pamiętasz, jaki byłeś w tamtych dniach?
Nie mów, że zmienia nas do końca życia gra
Bo człowiek nie walizka,
do której co chcesz wciskasz
Dawno pojąłem co i jak

Uśmiecham się do wspomnień, serca wzniecam żar
choć się zmieniłeś, a i ja już nie ten sam
Lecz szkoda, że czas przeszły
wkradł się do naszych pieśni
Tego mi przyjacielu żal

Gdzieżeś się zagubił?
Gdziem się sobie zagubił?
Gdzie, przyjacielu, kres podniebnej żeglugi?
Zniknąłeś w jednej z bram...
Sam, sam, sam - jestem dziś sam.

 

 

 

 

 

Co dwa tygodnie szliśmy na Traugutta na mecz Lechii.  Wtedy nie jeździło się na mecze samochodami, czy autobusami, tylko szło się pieszo, całą gromadą.  Z Moreny chodziły ogromne tłumy.  Szło się Wileńską w dół, obok obecnego szpitala, potem na działkach robiło się przerwę na popas. Mogę jedynie dziś współczuć właścicielom działek położonych najbliżej ulicy.  Na drzewach nie uchował się żaden owoc przed szarańczą z Moreny. Wiem, to nie było w porządku.  Kto nigdy nie splądrował obcego drzewa, niech pierwszy rzuci kamieniem. Potem przekraczało się ulicę Sobieskiego, obok szpitala na Smoluchowskiego docieraliśmy na stadion. Jak nie było meczów, to z tęsknoty za wielkim futbolem chodziliśmy -  już w mniejszych grupach – oglądać treningi piłkarzy.   Pamiętam naszego bramkarza z tamtego czasu,  Janusz Stawarz się nazywał.  Koledzy z drużyny przez cały trening wołali do niego Janusz, stawiasz!  A on odpowiadał:  Po treningu, panowie, po treningu. Kiedyś gruchnęła wieść, tak zwana wieść gminna, bo wtedy jeszcze nie było facebooka, że na Traugutta będą budować  sztuczne oświetlenie, zwane wtedy jupiterami.  Każdego dnia biegaliśmy z Moreny zobaczyć to na własne oczy, marząc, że kiedyś na takim oświetlonym stadionie zasiądziemy.  Ale okazało się to grubą plotka, zwaną dziś z angielska fake newsem.  Meczu wieczorową porą na Traugutta oczywiście doczekałem się, tyle że  za 20. lat.  

 

 

Kiedy wybieraliśmy się do Migowa, albo jeszcze dalej na Poligon (dziś znowu znany ze swojej pierwotnej nazwy Wróbla Staw), zbierać łuski po strzelaninie, albo oglądać czołgi w akcji, to musiałem zawsze pytać mamę o pozwolenie, bo to była prawdziwa rowerowa wyprawa za miasto. Tak to było daleko.  Dziś dojechać tam można tramwajem albo autobusem, albo dojechać PKM-ką.   

 

Jak było mniej czasu i bardzo gorąco,  to robiliśmy szybki wypad na Pistolet.  Tak nazywał się zbiornik wodny koło Carrefoura, obok obecnego sądu.  Kiedyś tam były  sady i ogrody.  Miejscowy ogrodnik dawał nam zarobić parę groszy w wakacje.  Zrywał z drzewa malutkie jabłuszko, na wzór,  i kazał nam  zrywać z drzewa wszystkie mniejsze od tego, które dostaliśmy.  To jedna z moich pierwszych prac zarobkowych.  Docierało się tam od strony ulicy Myśliwskiej, bo żadnej innej ulicy  wtedy jeszcze nie było w okolicy.  Budowa wiaduktu  na Rakoczego wystartowała dość szybko, ale potem, równie szybko zgasła i  przez dziesięciolecia stały tylko niszczejące filary wiaduktu. 

 

 

 Carrefoura oczywiście wtedy jeszcze też nie było, czym zresztą mieliby wtedy taki sklep zapełnić, skoro w sklepach  nic nie było, oprócz octu na półkach,  ale za to powstały zakłady telewizyjne, gdzie później produkowali super telewizory, Unimor Siesta 3.

 

 

Może nie był  zbyt płaski, ale był kolorowy i miał pilota.   Ktoś pamięta?

 

 

A tak wyglądała  droga(?)   z Moreny na Niedźwiednik, można powiedzieć, że to przyszła ulica Potokowa na Niedźwiednik. 

 

 

 

 

 

 

A kiedy potrzebowaliśmy trochę rozrywki i uciechy, to chodziliśmy do Burdelu.  A dokładnie do Burdla, bo tak nazywał się Osiedlowy Dom Kultury przy ulicy Trzy Lipy, na granicy Suchanina i Moreny, trochę poniżej kościoła, tam gdzie obecnie stoi Gdański Park Naukowo Technologiczny.

 

 

 

Ten nasz Burdl to prawdziwa legenda. Prowadzona przez równie legendarne animatorki kultury  - Magdę Kunicką, a potem Annę Mikułę, to miejsce,  gdzie rodziła się polska muzyka alternatywna.  Gdańska Scena Alterantywna -  Deadlock, Bielizna, Golden Life, Oczi Cziorne, Bóm Wakacje w Rzymie, Apteka, Pancerne Rowery, Dzieci Kapitana Klossa i kilkadziesiąt innych.  Oprócz koncertów, innych występów, biblioteki, wystaw, odbywały się tam również pokazy filmowe – znaczy kino.  Na jeden z nich wybraliśmy się sporą gromadą z Moreny, bo jak można się domyśleć, pojedynczo na tereny sporne i przygraniczne  nie chodziło się.  Skusiła nas „Parszywa Dwunastka” z Telly Savalasem i Charlesem Bronsonem.

 

 

 

 Film świetny, wiadomo, ale dogrywka po filmie na pewno nie była gorsza.  Mój najlepszy kumpel, Fidel Mały, jak zawsze narozrabiał, komuś tam podpadł, a potem sam  ewakuował się tuż  przed końcem. Reszta  naszych nie była świadoma, że na zewnątrz czeka na nas niespodzianka. Przy wyjściu, w zupełnej nocnej ciemności, trwała wymiana poglądów na pięści. Pamiętam tylko, że ktoś zapytał mnie krótko i zwięźle:

- Morena?

A ponieważ nie znałem hasła, albo zbyt długo ociągałem się z prawidłową odpowiedzią, to  dlatego szybko w mojej głowie rozbłysła prawdziwa droga mleczna z gwiazdami. Miałem szczęście, że dostałem tylko jeden strzał, w kolejce na schodach byli inni, więc skończyło się na jednym. Piotrek Wróblewski idący na końcu miał mniej szczęścia.

Dostaliśmy niezłe bęcki, ale wiadomo było, że to nie może pozostać bez odpowiedzi.  No i odpowiedź przyszła już następnego dnia.  Silna ekipa rewanżystów udała się wieczorem  na sąsiednie Suchanino wyrównywać rachunki. Paweł, brat Maćka Piątkiewicza był liderem naszej ekipy.  Rachunki zostały sprawnie wyrównane i skończyło się tym, że do listy  terenów, na które nie mogłem się zapuszczać w pojedynkę, oprócz drugiej części Moreny, należało jeszcze dopisać Suchanino. Tak było.

 

 

 

Protoplasta "Biedronki"  przy ulicy, o ile można gdzieś tam dostrzec ulicę,  Gojawiczyńskiej.  

 

 

 

A jak graliśmy?   Najczęściej, oczywiście, grało się „mecza”.  Od rana stało się w oknie, wypatrując, czy ktoś już jest na boisku i przyniósł piłkę.  Jak tylko kogoś zauważaliśmy, to trampki na nogi i sprint  na dwór.  Trzeba było się spieszyć, bo chwilę później było już naprawdę więcej chętnych do grania, niż mogło zmieścić się na naszym betonowym boisku.  Czasami, jak było jeszcze przez jakiś czas mniej osób do grania, to bawiliśmy się  rywalizując w „króla”  i w „warszawiaka”.  Wiem, niefortunne nazwy, zwłaszcza ta druga.  W „króla” strzelało się rzuty karne na trzy metrową bramkę. Jako pierwszy stawał ten, kto zrobił najmniej „żonglerek” czyli podbić piłek nogą.  Same eliminacje trwały dość długo, bo musicie wiedzieć, że w tamtym czasach nikogo nie dziwiło, że każdy na boisku potrafił podbijać piłkę, spokojnie, ze sto razy, albo więcej. Trwało to długo, ale przecież mieliśmy czas. Co ciekawszego mogło wydarzyć się w naszym młodzieńczym życiu?  Później, zamieniliśmy żonglerki nogą, na odbijanie piłki głową, bo jednak trochę zbyt długo czekało się na właściwą rozgrywkę.  Rzuty karne strzelane na zmianę, kto nie strzelił gola, stawał na bramkę i tak do skutku, aż wpuszczałeś umówioną wcześniej liczbę goli. Zwycięzca zostawał „królem”. 

W „warszawiaka” grało się podobnie, tylko zamiast karnych biegało się w polu i można było zagrać piłkę tylko jednym odbiciem, z pierwszej piłki.  Kto spudłował i piłka wypadła za linię bramkową (której w sumie nie było), ten zmieniał kolegę i stawał na bramce.  Trzeba było strzelić  5, 8, czy tam 10,  umówionych  goli.  Wtedy dochodziło do karnej egzekucji.  Ustawiało się piłkę na trzecim, czwartym metrze i z całej siły, bez zachowania współczucia waliło się w delikwenta, który nie umiał obronić naszych strzałów, celując w wypięty do tyłu tyłek. Brutalnie, acz skutecznie.

Wraz ze wzrostem naszych parametrów fizycznych i umiejętności technicznych,  zmienialiśmy regulamin, tak że gole można było zdobywać tylko głową.  Po prostu strzał nogą był już zbyt łatwy.  

Warto tutaj zauważyć, że traktowaliśmy te piłkarskie zabawy naprawdę śmiertelnie poważnie. Każdy starał się wypaść jak najlepiej, może z powodu  wiszącej nad nami groźby egzekucji, ale jednak. Nie trzeba również być dyplomowanym trenerem UEFA Pro, żeby od razu zauważyć jaki wpływ na rozwój nas, młodych piłkarzy, miały takie zabawy.  Szybko i sprawnie uczyliśmy się strzałów, podań, bronienia, żonglerek nogą i głową, przyjęcia i podania z pierwszej piłki, rzutów karnych, dośrodkowania nawet na małym boisku, strategii gry, współpracy w zespole i mnóstwa innych rzeczy.  Rozumiecie?  Nikt z nas wtedy nie trenował w „klubie”, bo niby gdzie?  Lechia była zbyt niedostępna, Gedania czy Stoczniowiec  daleko od nas, a GKS Moreny Rafał jeszcze nie wymyślił, b obył za mały.   Mimo tego, że nie trenowaliśmy w klubie, byliśmy świetnie wyszkoleni technicznie.  Naprawdę umieliśmy zrobić z piłką wiele.

 

 

Czasem jednak zima dawała się tak we znaki, że nie dało się grać w piłkę.  Opady śniegu, były tak obfite (tak, kiedyś padał zimą śnieg i to w całkiem sporych ilościach), że paraliżowały całe normalne życie, w tym uprawianie futbolu.

 

 

Kończył się rok 1978.  Był sylwester, ludzie, przynajmniej niektórzy, zbierali się na powitanie Nowego Roku.  Zima zaatakowała Polaków. Siarczyste mrozy, zawieje i zamiecie (nie, samo się nie pozamiatało), obfite opady śniegu szybko sparaliżowały cały kraj, a w szczególności Wybrzeże. 

 

 

 

 

Życie u nas zamarło, na szczęście tylko na chwilę.  Ludzie próbowali jakoś żyć. Wyjść z domu, odkopać się ze śniegu, dotrzeć do pracy, do sklepu, albo na boisko piłkarskie.  Zależy co dla kogo było wtedy priorytetem.   Z moją szkołą przy ulicy Traugutta sprawa była prosta, aczkolwiek  przyjemna.  W czasie ferii zimowych  popękały w całej szkole kaloryfery i błyskawicznie cały wielki hol  szkolny, po którym zmuszano nas do spacerowania w kółko na przerwach (tak, skojarzenie z więziennym spacerniakiem, zupełnie uprawnione), pokrył się gładką taflą cudownego lodu.  Byłem, jeździłem, było naprawdę zabawnie, ale najważniejsze, że szkołę zamknięto na kolejne dwa tygodnie, do czasu naprawy  sieci ciepłowniczej. Wiem, zdaję sobie sprawę, że w czasach pandemii i nauczania zdalnego na pewno nie zrozumiecie  naszej ówczesnej radości.

 

 

 

 

Na Morenę jeździło się wtedy tylko dwiema ulicami. Jaśkową Doliną z Wrzeszcza i Piecewską  od strony kościoła, którego jeszcze wtedy nie było, bo trzeba było go sobie najpierw zbudować.

 

 

 

 

Do pierwszej komunii musiałem chodzić do kościoła we Wrzeszczu, przy dworcu, przy ulicy Mireckiego, a i tak wszyscy mówili, że to ulica Czarna.

 

Innych dróg dojazdowych wtedy w zasadzie nie było.   Autobusy przebijały się więc przez Wrzeszcz i docierały pod Morenę od strony dzisiejszego Gdańskiego  Parku Naukowo Technologicznego.  Jeden jechał w prawo na Morenę, chyba 183, drugi, 149, na Migowo, czyli na koniec ówczesnego, zupełnie odludnego świata. Pamiętam, że wracałem kiedyś z Wrzeszcza, ale śnieg był tak potężny, że kierowca nie był w stanie przedrzeć się dalej i zatrzymał się na wysokości drogi łączącej dziś kościół ze szkołą.  Skok z otwartych drzwi w śnieżne zaspy, a potem trwające chyba z godzinę przebijanie się przez zasypane osiedle do domu.  No nikt jakoś nie kwapił się z udrażnianiem osiedlowych alejek i ścieżek.  

 

Innym razem wjechaliśmy nawet wyżej ulicą Piecewską, ale problem był taki, że był to autobus 149 udający się na Migowo.  Pasażerowie ubłagali kierowcę, żeby zgodził się wyjątkowo skręcić  w prawo, na Morenę, jedyną wówczas istniejącą i wysypać pasażerów.  Dla podniesienia  jego chęci pomocy  pasażerowie  zaczęli wsypywać do czapki kierowcy drobne datki za jego bohaterską przysługę.  Tak ludzie wtedy żyli.  A kierowca i tak nie dał rady skręcić w zasypaną ulicę w stronę „Bociana”, którego rzecz jasna wtedy jeszcze nie było. Zresztą, teraz też go chyba już nie ma.

 

Swoją drogą, Marek, Piotr,  chłopaki z GAiT, wyobrażacie sobie dziś taką akcję:  ludzie wracają nocnym, powiedzmy, N3, do domu z poważnej imprezy, ale wiadomo, nocny wszędzie nie dojeżdża, więc  ludzie zrzucają się Wam w czapkę, każdy „po piątaku”  i z Kartuskiej skręcacie na Morenę.  Tylko na chwilę, żeby zmęczonych ludzi wyrzucić pod dom.   No, czyż nie byłoby znowu pięknie?

 

 

 

 


 

   

... Mam nadzieję, że podobało Wam się tych kilka słów wspomnień, z zakamarków mojej coraz bardziej ulotnej pamięci,  o życiu naszego, jedynego w swoim rodzaju,  osiedla, naszego miejsca na ziemi... 

 

 

 

 Miejsca, którego w tamtej,  pierwotnej,  postaci

 

 już nigdy, niestety,  nie zobaczycie....

 

 

                                                         Stanisław Gramann

 

 

 

 

 


 

OFICJALNA STRONA KLUBOWA

GKS MORENA GDANSK

 


 


Wyślij
Wyślij
Formularz został wysłany — dziękujemy.
Proszę wypełnić wszystkie wymagane pola!

DAWNO, DAWNO TEMU NA MORENIE...

05 października 2021

A jakie jest Twoje zdanie?